Kazimierz Błahij z córką Ewą

Ten tekst mógłby się zacząć tak: 7 września podczas Narodowego Czytania w Książnicy Pomorskiej do Sali Pod Piramidą wśród wielu uczestników spotkania, przyszła kobieta, która uważnie słuchała fragmentów utworów Orzeszkowej, Reymonta, Żeromskiego czy Schulza, czytanych publicznie przez działaczy szczecińskich stowarzyszeń twórczych. Jednocześnie dyskretnie rozglądała się po sali nie mogąc znaleźć właściwego rozmówcy. Okazała się nią Bogna Tokarska, kierowniczka Działu Informacji Naukowej i Promocji Książnicy, która z wielką uwagą i radością wysłuchała prośby tej pani. Prośba dotyczyła udzielenia pomocy w ocaleniu rękopisów i materiałów pisanych, pozostałych po jej zmarłym ojcu, szczecińskim dziennikarzu Kazimierzu Błahiju. O zachowanie materiałów prosiła jego córka Ewa Błahij – Leśniewska, żyjąca od ok. 40. lat w Australii.

Teraz będzie życiorys, ale bardzo nietypowy

Kazimierz Błahij urodził się 9 października 1924 r. w Warszawie, był polskim dziennikarzem, publicystą, reportażystą, autorem scenariuszy filmowych, reżyserem filmów dokumentalnych. Od 1947 r. mieszkał i pracował w Szczecinie, był kierownikiem Działu Kulturalnego "Głosu Szczecińskiego", redaktorem naczelnym pisma "Ziemia i Morze", żartował, że to on wymyślił nazwę „7-go Głosu Tygodnia” do którego pisywał i go współredagował. Oprócz pasji dziennikarskiej miał inną - interesował się historią i jej postaciami, bardzo dużo czasu poświęcał zbieraniu materiałów archiwalnych i pisaniu książek, chętnie wydawanych przez duże wydawnictwa (Czytelnik i Iskry). Były to książki o tematyce związanej z Pomorzem Zachodnim („Spotkania bałtyckie”, „Opowieści z Kattegatu)”, a także kryminały, których miejscem akcji był Szczecin i jego okolice („Śledztwo na dobranoc”, „Złoty koń boga Trzygława”). Interesowała go również historia tej ziemi. W roku 1971 ukazuje się „Ostatnia tajemnica zatopionych bogów” poświęcona Wolinowi. W 1977 Iskry w serii „Łowcy sensacji" wydały „Lądowanie w Jamestown albo zmyślenia i prawdy o pierwszych Polakach w Ameryce”, głośno przez kilka lat komentowaną, opartą na nieznanych faktach, historię początków emigracji polskiej w Ameryce Północnej. Na początku lat 60. przenosi się do Warszawy, pracuje w Agencji Robotniczej AR jako zastępca kierownika Działu Programowego, będąc jednocześnie warszawskim korespondentem „Głosu Szczecińskiego”. W powstałej w roku 1967 polskiej agencji prasowej Interpress on - dziennikarz, literat, po kilku latach trafia do redakcji filmowej. W ciągu 10 lat zrealizował 30 reportaży i filmów dokumentalnych „z przeciętną oceną artystyczną celującą” – jak podają redakcyjne archiwa. Film „Dwieście metrów do nieba” w jego reżyserii reprezentował polski film dokumentalny na międzynarodowym festiwalu w Trento w 1978 roku. W swoich filmach pokazywał nieznaną historię państw, wydarzeń, narodów, plemion oraz wybranych przez niego bohaterów. Wśród nich znalazł się film o papieżu Janie Pawle II, Maksymilianie Kolbe i Kazimierzu Michałowskim (współpraca realizacyjna). Nie był to jednak pierwszy kontakt Kazimierza Błahija z filmem, zadebiutował bowiem jako scenarzysta filmem fabularnym pt. „Dwoje z wielkiej rzeki”, który wszedł na ekrany w 1958 roku. Główne role grali młodzi aktorzy: Barbara Wrzesińska i Bogusz Bilewski, film był czarno – biały, teraz jest do obejrzenia na You Tubie. Kazimierz Błahij zmarł 7 marca 1990 r. w Warszawie. – Po śmierci ojca koledzy taty, filmowcy z Interpressu, przekazali mi jego filmy zapisane na taśmach VHS, za co jestem im ogromnie wdzięczna, a ja przepisałam je na DVD – wspomina córka, Ewa Błahij-Leśniewska. Jej losy potoczyły się podobnie jak ojca, nietypowo – z pracą dziennikarską i wielką podróżą w tle.

Młoda dziennikarka i podróż do Australii

Ewa Błahij – Leśniewska po obronie pracy magisterskiej z teorii teatru na wydziale filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęła pracę w Warszawie jako dziennikarka w czasopiśmie Tygodnik Polski wydawanym dla francuskiej Polonii przez Interpress, a później w Dziale Kultury. Tam pracowała 8 lat, wyszła za mąż za elektronika i oboje (wobec perspektywy 15. letniego oczekiwania na mieszkanie i braku możliwości zrobienia doktoratu przez męża), w 1981 roku podjęli decyzję o emigracji. Trafili do Australii, zamieszkali w stolicy Południowej Australii - Adelaide, tam się urodziła ich córka Julia. Ale zanim wyjechali poznawali historię, kulturę i gospodarkę Australii czytając reportaże, artykuły w prasie australijskiej i książki w Bibliotece Narodowej. W Australii jej mąż otrzymał pracę wykładowcy na wyższej uczelni (obecnie The University of South Australia), a ona zajmując się wychowaniem jedynaczki, zaczęła się rozglądać za ciekawą pracą w swoim wyuczonym zawodzie. Uświadomiła sobie, że nie będzie to takie proste, pisała więc jako wolontariuszka do polonijnej prasy, wychodzącej w Adelaide i Melbourne. Nie chcąc tracić kontaktu z zawodem, na początku lat 90. wysyłała korespondencje z Australii do szczecińskiego tygodnika „Morze i Ziemia”.

Zamiatanie sceny czyli teatr otwiera swoje podwoje

Do Polskiego Teatru Starego w Adelaide trafiła dzięki rozmowom z p. Henrykiem Krzymuskim, prezesem i reżyserem teatru. Rozmawiali wielokrotnie o literaturze i sztuce, ale ona nie była zdecydowana na pracę w teatrze polonijnym. Wydawało jej się, że wystawiają w nim tzw. ramoty i kojarzyła to wszystko z Cepelią. Wreszcie któregoś dnia p. Henryk powiedział, że brakuje tam suflera i spytał czy mogłaby im niezobowiązująco pomóc. Poszła i zobaczyła przygotowania do wystawienia „Wesela” St. Wyspiańskiego. Magia teatru zadziałała, pochłonęła ją i zatrzymała na wiele lat. – Zaczynałam od pracy suflera i zamiatania sceny – dziś żartuje p. Ewa. Te ważne, ale mniej ambitne czynności wykonywała od 1982 roku do 1996. Wreszcie członkowie zespołu odwołali się do jej wykształcenia i wspólnie szukali dobrego repertuaru. Została kierownikiem literackim teatru. W 2000 roku zaproponowano jej reżyserię spektakli. Propozycje przyjęła i wystawiała współczesną polską dramaturgię na przemian z polską klasyką teatru. W 2012 wyreżyserowała na scenie tego teatru swoją ostatnią sztukę – Kazimierza Brandysa ”Sztukę konwersacji” . – Pomyślałam, że czas ustąpić miejsca młodszym reżyserom. Jest nowa fala polskiej emigracji, oni myślą inaczej niż moje pokolenie. Mój romans z teatrem jednak się nie skończył, nadal chodzę na przedstawienia.

Nowe medium - radio

Równocześnie z pracą w teatrze współpracowała z lokalnym radiem, gdzie wszyscy pracują na zasadzie wolontariatu. Są w nim różne sekcje (m.in. niemiecka, holenderska i polska). Najpierw robiła krótkie felietony i rozmowy. Później zaproponowano jej przygotowanie i prowadzenie 2. godzinnego magazynu. Pisze scenariusze magazynu, pozyskuje ciekawych rozmówców. Pomagają jej w tym wspaniali ludzie, zespół złożony z bardzo różnorodnych osobowości m.in. ze znajomych z teatru. To radio z tzw. puszki, audycje nie są emitowane na żywo. To starannie przygotowane i zmontowane bloki tematyczne tworzą duży magazyn dla ludzi, którzy preferują inne tempo życia i spokojną merytoryczną rozmowę. Mając nieco więcej czasu zaczęła znów szukać ciekawej pracy. Poradzono jej by z dyplomem uniwersyteckim zrobiła roczne studium podyplomowe dla bibliotekoznawców - Institute of Technology, wydział: Library and Information Managment, obecnie uczelnia nosi nazwę The University of Adelaide, a na naszych uczelniach ten wydział to Wydział Informacji Naukowej. – Bardzo zaskoczyły mnie partnerskie stosunki pomiędzy kadrą wykładowców a studentami. Oni byli prawdziwymi przewodnikami po świecie nauki i wiedzy, świadczyli nam wszechstronną pomoc merytoryczną w trakcie studiów i podczas pisania pracy dyplomowej, a co ważne obdarzali nas uwagą, przyjaźnią i szacunkiem. U mnie na UW było niestety inaczej – wspomina p. Ewa.

Spadek po ojcu

Po ojcu odziedziczyła książki - całą literaturę światową, egzemplarze jego książek już wydanych, fiszki, notatki, maszynopisy i rękopisy książek, które przygotowywał do druku oraz teczkę ze złoconymi literami K.B., którą nosił do redakcji. Pamięta, że w 1986 roku dyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Stanisława Staszica w Szczecinie, Stanisław Krzywicki zwrócił się do jej ojca o przekazanie bibliotece rękopisów, zdjęć na rzecz mającego powstać Szczecińskiego Muzeum Literackiego. Ojciec w listownej odpowiedzi nieco się krygował, że właściwie nic nie ma – ot, parę fotek z Osmańczykiem, stoczniowcami, kolegami z redakcji. Że nie trzyma rękopisów, bo przepisują je maszynistki i jeśli coś jest, to pewnie w wydawnictwach – Iskry, Czytelnik. – Później w rozmowie ze mną przyznał się, że jednak jakieś manuskrypty wysłał do Książnicy Pomorskiej. Żałuję, że nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat, sądziłam, że na taką rozmowę mamy jeszcze dużo czasu. Niestety, ojciec zmarł 6 miesięcy po swoich 65 urodzinach. Chciał napisać książkę o księciu Warcisławie, książkę o rodzie Loitzów, jest maszynopis powieści „Bankiet dla nieobecnych” ukończonej w 1971 roku, która z jakiś przyczyn nie doczekała się druku. A także wspomniane już filmy dokumentalne. Chciałabym więc zwrócić się z prośbą do władz Książnicy o to, bym mogła pozostawić tu w Szczecinie pamiątki po pracy mojego ojca. Może w Szczecinie ktoś z nich skorzysta. Nie sądzę, aby w Australii kogoś interesowała ta tematyka. W tej chwili materiały te leżą na moim biurku w Adelaide. Szkoda, aby tam leżały. Sądzę, że należą one do Szczecina – uzasadnia swoją decyzję córka Kazimierza Błahija. Pani Bogna Tokarska prosiła ją o szybki kontakt (gdy wróci do Adelaide) i ustalenie ram prawnych do wykorzystania pamiątek, jakie chce przekazać. Wzruszyła p. Ewę zapowiedź B. Tokarskiej, że wszystkie te czynności będzie prowadziła Kierowniczka Działu Zbiorów Specjalnych p. Jolanta Liskowacka, żona dziennikarza i pisarza Artura Liskowackiego, syna redakcyjnego kolegi Kazimierza Błahija z „Głosu Szczecińskiego”- Ryszarda Liskowackiego.

 

Tekst: H. Kwiatkowska (z wykorzystaniem informacji udzielonych przez p. Ewę Błahij - Leśniewską oraz zawartych na tematycznych stronach internetowych)
Foto: archiwum rodziny Ewy Błahij